Strony

Friday, January 31, 2014

First days

Jeżeli przyjąć, że  na podekscytowanie pojawiające się przez podróżą składa się jakiś, bliżej nieokreślony rodzaj niepokoju (który nie pozwala spokojnie spać) pomieszany z uczuciem ciekawości i chęcią poznania wszystkiego co nowe, to na pewno emocje jeszcze do końca nie opadły. Miejsca, ścieżki, wszystko co znałam dotąd na pamięć, teraz jest nowe, inne i oznacza przygodę. 


Na razie przyglądam się otoczeniu, ulicom, ludziom, sklepom i dosłownie nie wiem co czeka za rogiem. To do mnie niepodobne, ale nie zrobiłam w przeciągu tego tygodnia wielu zdjęć i nawet rzadko brałam ze sobą aparat fotograficzny. Patrzenie przez wizjer to wyznaczenie granic kadrom a ja ciągle rozglądam się na prawo, na lewo. Może spróbuję ze zdjęciami panoramicznymi? :P 

Przez pierwsze dni zapoznawałam się z okolicą. To mi jeszcze na pewno trochę zajmie. Tutaj wszystkie ulice, a w szczególności skrzyżowania są do siebie takie podobne. Trzeba uważać z orientacją w terenie, co chwilę jest Sturbucks, H-E-B, Taco Cabana, Walgreens itd. Czasami nie wiem czy zrobiliśmy kółko samochodem czy to tylko złudzenie :) 

Lubię nasze nowe mieszkanie, jest jasne i przyjemne. Sama zdziwiłam się, jak szybko i bez problemu poczułam się tu dobrze. Nie zaryzykuję może stwierdzenia, że jest przytulne, ale dzięki mojemu wkładowi niewiele mu brakuje :)


Mamy tutaj dużych i małych sąsiadów. Duzi mieszkają tuż nad nami, nie miałam jeszcze przyjemności ich poznać, natomiast z małymi przywitałam się wczoraj popołudniu i nawet pozwolili się sfotografować:  


W San Antonio wiosna tuż tuż, a to oznacza kalifornijską pogodę  zanim zrobi się tu lato i na dobre 110 st Fahrenheita czyli ponad 40 st Celsjusza :)  Przed nami weekend i Super Bowl Sunday czyli finałowy mecz futbolu amerykańskiego, już mamy zaproszenie na wspólne oglądanie rozgrywki i całe świętowanie z tym związane ;)  

Saturday, January 25, 2014

Fly the ocean in a silver plane

Po ponad 24-godzinnej podróży jesteśmy w San Antonio, w Teksasie! :) Dla kogoś, kto nie lubi latać samolotem, taka podróż z dwiema przesiadkami musi być prawdziwym wyzwaniem. A na pewno dla każdego jest męcząca, po pierwsze jest długa a po drugie wiąże się z ciągłym wyjmowaniem i chowaniem do kieszeni paszportu i kart pokładowych. Na szczęście tylko raz i tylko na krótką chwilę wydawało mi się, że wszystko zgubiłam :)

Przed  porannym wylotem spaliśmy tylko trochę ponad 2 godziny.  Po krótkim locie do Frankfurtu nad Menem czekaliśmy na lotnisku około 6 godzin na następny lot do Houston. Lotnisko we Frankfurcie jest bardzo duże i bardzo fajnie zorganizowane. Samoloty odlatywały non stop, ale na terminalach panowała spokojna atmosfera, jakby nikt się nigdzie nie spieszył i nie zgubił. Siedzieliśmy przy jednym z wielu darmowych, samoobsługowych ekspresów do kawy, czytaliśmy amerykańskie gazety, patrzyliśmy na samoloty kołujące po szarej płycie lotniska w zwykły, dżdżysty dzień. Byliśmy pewni, że prześpimy calutki czekający nas lot za ocean. Na pokładzie okazało się, że lot jest "empty", było tak niewielu pasażerów, że chyba każdy mógł mieć obok siebie wolne miejsce, no prawie business class w klasie ekonomicznej :) Gość przed nami leżał sobie wzdłuż na trzech siedzeniach:) Gdy samolot przebił się przez chmury, zaświeciło piękne słońce, niebo oczywiście było błękitne i taki piękny dzień towarzyszył nam przez następne 11 godzin rejsu :) Goniła nas noc, ale nie daliśmy się złapać. Ciężko zasnąć gdy ciągle jest dzień...


Słońce zaszło dopiero po naszym lądowaniu w Houston. Georg Bush Intercontinental Airport, mimo dobrze brzmiącej nazwy, nie zrobił na nas wielkiego wrażenia, ale kleiły nam się już oczy i zaczęłam marzyć o końcu tułaczki ;P Czekała nas rozmowa z imigration officer, jak się okazało, nic przyjemnego jeżeli w krótkim czasie ponownie przyjeżdża się do USA na kila miesięcy i potem długa kolejka do kontroli celnej bagażu. Podczas lotu do San Antonio można było się nawet nie odpinać, bo samolot podchodził do lądowania w niedługim czasie od wzbicia się w powietrze. 

Pozostał nam już tylko przejazd taksówką yellow cab, który był naprawdę miłym akcentem na koniec naszej podróży. Wiem, że Amerykanie są otwarci i rozmowni, ale gdy pan kierowca usłyszał, że jestem w Stanach po raz pierwszy, to opowiedział nam z wielką chęcią historię największego zabytku w SA - twierdzy Alamo związanej z walką o niepodległość Teksasu. Opowieść zaczął od czasów prekolumbijskich. Trzeba przyznać, że był z niego niezły storyteller. Spodobało mu się, że może nas czegoś nauczyć, wiec do końca kursu opowiadał nam jeszcze o kolonistach angielskich tzw. pielgrzymach ze statku Mayflower i to opowiadał, jak sam podkreślił, "prawdziwą historię której nie uczą w szkołach." Na pewno kiedyś napiszę posta o dumie i patriotyzmie Amerykanów i wtedy przypomnę tę historię o korzeniach amerykańskiego kapitalizmu. Ona jest chyba tutaj (w republikańskim Teksasie) bardzo ważna, M mówi, że słyszał  ją już tutaj opowiedzianą dokładnie w takim sam sposób :) 

Kierowca pomógł nam z wyjęciem bagaży, życzył nam wszystkiego dobrego i żebyśmy zostali w Ameryce na zawsze :) 

***


Stan Teksas znany jest także pod przydomkiem Lone Star State od stanowej flagi. Alternatywna nazwa jest tutaj bardzo często używana a mi posłużyła na nazwę bloga.

Thursday, January 23, 2014

Reisefieber & Farewell party

Ostatni wieczór przed podróżą nie może być spokojny.  Jest już po 20 a dopiero przed chwilą pierwszy raz zapięliśmy torby. Teraz to się dopiero zacznie: " hmm może jeszcze to? może tamto? to może to zamiast tego? a może tego nie biorę? to wezmę, wezmę...kurcze brać to czy nie brać?" Wszystko przez to, że M podnosi moją torbę i  "czuje że jest za ciężka"... chociaż nasza waga łazienkowa jest dla mnie w tej kwestii łaskawsza i gdybym miała się sugerować tym pomiarem to mogę spokojnie jeszcze wyciągać rzeczy z szafy.  Wiem o M, że ma swojej głowie istny GPS (taki szósty zmysł), może ma też aplikację do wyznaczania masy moich toreb.... Wrrrrr :)  Już podobno zdarzyło się, że nasza waga wskazywała 18 kg a na lotnisku torba okazała się za ciężka. W najgorszym z możliwych scenariuszy albo pęknie nam zamek w jednej z nich i siłą rzeczy nie weźmiemy tylu ciuchów i butów albo będę się pozbywała nadbagażu na  lotnisku o 5 rano ;-)  Mam paszport, wizę, bilet, $$$ i tangle teezer = na dobrą sprawę mogę jechać tylko z tym!

City Rock 

Super, że udało nam się zobaczyć ze znajomymi na  małym spotkaniu pożegnalnym ;-) Pewnie będziemy nieraz wracać myślami do Katowic i  zastanawiać się co tam słychać u wszystkich, u rodziny i przyjaciół. Pół roku (czy nawet niecały rok wyjazdu)  może nie dla wszystkich oznacza pożegnanie na bardzo długi czas ale jedno jest pewne...będziemy daleko!